15°C lekki deszcz

Wóz pełen gwary

Ciekawostki, pełen gwary - zdjęcie, fotografia

Drewniany wóz na okutych kołach, tłukący się po brodnickim doskonałym bruku. Skrzypiał, hałasował ale to były składowe odwiecznych dźwięków miasta, a sam wóz był niemal elementem jego panoramy. Zanim przyszła kolej a potem ciężarówki, to wozy wwiozły do Brodnicy każdą cegłę, każdą belkę, tony żwiru i w nich też brodniczanie zaklęli część swojej mowy, która tak jak drewniane, konne wozy odchodzi w zapomnienie

Gdybym ten artykuł pisał jeszcze trzydzieści lat temu pewnie mógłbym temat spokojnie potraktować tak jak przed wiekami Benedykt Chmielowski, w swojej encyklopedii potraktował konia („Koń jaki jest, każdy widzi”), jednak czas minął, a wraz z nim konne gospodarskie wozy, podobnie jak wiele innych niepasujących do współczesnego świata przedmiotów, które prawie odjechały w cień historii. Uwiozły z sobą część gwarowego słownictwa związanego z zawodem i budową samego pojazdu.
Celowo napisałem „z zawodem”, ponieważ jak to się u nas mówiło „wozaka” tak właśnie należało kwalifikować. Swego czasu była to grupa ludzi najbardziej rozpoznawalna w mieście. Oni prowadząc swoje zaprzęgi dowozili węgiel, materiały budowlane, rozmaite klamoty w najodleglejsze końce miasta. Ba, niektórzy z nich mieli nawet stałe umowy z przedsiębiorstwami. Po konie jeździli zazwyczaj do Skrwilna, od wieków słynącego z wielkich targów końskich, lub na mniejszą skalę nabywali je wprost od gospodarzy, czasem na jarmarkach zwierząt (w okolicach nowego cmentarza albo przy wieży ciśnień), choć stugębna plotka mówiła, iż najlepsze konie pociągowe miał Franek Cygan. Pamiętam, że jako chłopaki lubiliśmy podglądać jego rzeczywiście wspaniałe, potężne jak smoki szajery, które często wypasał na naddrwęcznych łąkach w pobliżu dzisiejszego mostu przy ul. Sienkiewicza (była tam dzika plaża opanowana przez ferajnę z mojej dzielnicy – Gdyni).
Zadziwiające jest to, że wiele stajni i – jak byśmy to dziś ujęli – zajezdni wozowych znajdowało się w ścisłych granicach miasta, a nawet w centrum!
Także mój dziadek, gdy w drugiej połowie lat 20 wybudował dom „koło Marksowego pola” (ul. ks. Kujota) postanowił, że jednym z zabudowań gospodarczych będzie stajnia. Kupił wóz, po czym niemal do końca swojego pracowitego życia używał zaprzęgu w działalności mistrza budowlanego. Czasem wykonywał rozmaite wozackie usługi, jak mi się zdaje, bardziej dlatego, iż to lubił, niż z konieczności zarabiania pieniędzy (m.in. „miał wyłączność” dowożenia węgla do klasztoru, co czynił z czystego sentymentu, za „Bóg zapłać”).
Dla właścicieli zaprzęgów funkcjonowało w mieście całe dobrze zorganizowane zaplecze usługowe: warsztaty rymarskie, stolarskie, oraz rzecz jasna kuźnie. Jedną z nich, usytuowaną przy ul. 18 stycznia pamiętam doskonale, bo właśnie tam dziadek podkuwał swoje konie. Było to fascynujące miejsce, emanujące siłą, tryskające iskrami, buchające ciepłem, zazwyczaj pełne mężczyzn ćmiących grube papierosy, żywo rozprawiających o żelaznych ryfach, szynalach, szpernalach, tradynkach, dinksach, werkowaniu lub o wyższości kucia nad szwejsowaniem... Takie tam pomorskie klepanie, ale jedyne w swoim rodzaju.
Wóz niczym lego
Konny wóz niejedno miał imię! Węglarze przeważnie powozili platformami. Były to pojazdy znacznie szersze i dłuższe od zwykłego wozu, na kołach z ogumieniem. Mocno okute, z reguły dwukonne, przystosowane do przewożenia ciężkich, wielkich objętościowo towarów. Normalny wóz można było przekształcić w małą platformę (przez zdjęcie kasty, czyli burt, a w razie potrzeby rozszerzenie dennicy np. o jedną deskę), drabnik – furę (zdjęcie boków kasty i założenia na te dłuższe drabiniastych burt), brykę (poprzez dołożenie np. dwóch rzedów ławek – szlabanków opartych na burtach kasty.
Czasem sprytny stelmach (wyrabiający drewniane wozy) potrafił tak sprytnie skonstruować wóz, że przekształcenie go w sanie nie sprawiało wielkiej trudności; wystarczyło wymontować koła, przełożyć kłonice, potem umocować nasady w przygotowanych do tego gniazdach płóz (sanicach), czy szluf i fertyk, gotowe!
Części
Rzecz jasna wszystko zaczęło się od wynalazku koła. Zamiast targać ciężar na własnych plecach wyszło bez porównania lżej i efektywniej przesuwać go na kołach, a do tego człowiek niekoniecznie musiał się zaprzęgać, gdyż wystarczył osioł, muł, koń. Tak przez wiele, wiele dziesiątków wieków nie wymyślono nic lepszego. Początkowo mechanizm był prosty; ośkę pojazdu przekładano przez otwór na środku płaszczyzny koła, zabezpieczano skoblem i ... wio, aż się zatarło na amen. Potem przyszła „piasda”, lepsze ośki..., ale po kolei.
Jak ważny i wcale nie prosty był wrób wozowego koła nich świadczy fakt, że pierwszym historycznym władcą Polski był Piast Kołodziej. Hmm, a tak na serio kołodzieje przez długie stulecia stanowili dość elitarną grupę rzemieślników. Należało z kilku kawałków mocnego, choć elastycznego drewna wykonać obręcz, obrobić tak, aby stanowiła idealne koło. W obręczy, zachowując równe odstępy trzeba było wyciąć gniazda na drewniane szprychy schodzące się w piaśdzie. To była jedna z najważniejszych części wozu. Opowiadano mi, że niektórzy kołodzieje gotowe piasdy długo gotowali w jakimś specyfiku („aż się nieraz robiła dycht niebieska”). Teraz należało nabić na piasdę metalową ryfę (z niemieckiego Reifen), czyli obrączkę, sprawdzić, czy buks (walec końca osi) dobrze wchodzi. Po złożeniu wszystkiego „do kupy”, a także sprawdzeniu, że koło jest dycht proste nabijano na falgę (zewnętrzna część koła) żelazną szynę, czyli kuty płaskownik metalowy, przybijając go szynalami stosując odległość co druga szprycha. Bliżej czasów współczesnych, dwa końce szyny nałożonej na falgę (felgę) szwejsowano (spawano), spaw wyrównując szmyrglem – szlichtfajlo (pilnikiem do wygładzania).
Wóz miał kastę, czyli skrzynię, zaś kasta miała dwa szczyty; przedni (zwany też drejszmelem) i tylni oraz dwa boki (boczne deski). Boki stanowiły podparcie ławki woźnicy, zwanej u nas czasem bankiem, lub szlabanbkiem. Kastę podtrzymywały, umocowane na osiach cztery kłonice (kłonnice).
Dolną część wozu zwano spodem. Leżały tam deski dennice, tzw. unterlagi położone na nasadzie (rodzaj belki) przykrywającym futro (belka nakładana na oś). W przodku umieszczone były też śnice przednie, czyli dwa, zamontowane w kształt „V” drążki stanowiące osadę dyszla, a głównie dzięki poddymie (belka łącząca końce śnic) utrzymujące go na odpowiedniej wysokości. Porządny stelmach końcówki belek, dyszli, dyszołków obijał tradynkami (żelazne obrączki), a to dla pewności, że przy rozmaitych pracach te newralgiczne, drewniane części się nie wysiepią, rozdwoją, „rozlyzą”. Cały mechanizm kierowania dyszlem – zwłaszcza przy skręcaniu – zabezpieczał kranc, który można opisać jako owalny pręt „obijający” od śnic (ha, to bez ilustracji jest rzeczywiście trudne do wyobrażenia).
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze parę innych „drobiazgów”, z których chyba najważniejszy jest sworzeń – pręt w kształcie wielkiego gwoździa łączący dwie części wozu (przednią i tylnią), a także parę klamotów z rodzaju pomocniczych (orczyki wielu furmanów zalicza do uprzęży), jako chociażby nieraz bardzo przemyślne urządzenie do hamowania ręcznego.
Tu trzeba zaznaczyć, iż w wozie przerobionym na drabnik dochodziły jeszcze tak specyficzne rzeczy jak: luśnia (okuty drążek, nakładany na koniec osi, wspierający podtrzymywanie drabiny), jerzemko (żelastwo zapobiegające zsuwaniu się drabin) i oczywiście słynny powąz, czyli drąg do przyciskania siana.
Wóz bez konia
nie pojedzie...
No właśnie. Trzeba konia uwolnić od stajennej kantary, ubrać w rzemienną szleję, założyć puszorek, sprawdzić czy pierśnik dobrze leży, czy nakarsznik nie uwiera, czy podogonie nie poskręcane, uzda z wedzidełkiem tam gdzie trzeba, orczyki dobrze zapięte i wio koniku! A jak wrócim nazad, to futrunku ci nie odżałujem!

Piotr Grążawski

Wóz pełen gwary komentarze opinie

  • gość 2016-11-29 13:51:43

    Heh :), chociaż moja pamięć sięga tylko do końca lat 70-tych, to pamiętam jeszcze te wozy (pewnie już ostatnie). I pamiętam też jednego takiego "wozaka". Był w mieście znany - o ile mnie pamięć nie myli - pod imieniem Mietek i np. można było z jego usług skorzystać, gdy na zimę trzeba było przywieźć węgiel lub ziemniaki... Pana artykuły na prawde bardzo fajnie się czyta - zarówno ze względu na tamatykę jak i pewien specyficzny styl. Dotyczy to również Pana filmów historycznych na Youtube. Z niecierpliwością czekam na następne i pozdrawiam.

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ciekawostki, Gmina Brodnica - więcej informacji