15°C lekki deszcz

W zgodzie z naturą

Ciekawi ludzie, zgodzie naturą - zdjęcie, fotografia

Powszechnie wiadomo, że stan naszego zdrowia zależy w dużej mierze od tego, co jemy. „Przyjazną” żywność produkują Mieczysław i Aleksandra Babalscy

Żyjemy w czasach, w których od rolnika oczekuje się, że będzie produkował dużo, szybko i tanio. By poprawić wyniki, trzeba stosować wiele substancji: od nawozów mineralnych, przez pestycydy, po hormony. Osiąganie wysokich plonów w krótkim czasie czy przyspieszanie cyklu hodowlanego odbija się  na środowisku, strukturze gleby, zdrowiu i długości życia zwierząt, a także na jakości produkowanej żywności. Ona zaś ma bezpośredni wpływ na nasze zdrowie.

Czy nie można by inaczej? Prowadzić gospodarstwa tak, by chronić środowisko i produkować zdrową, dobrą żywność? Na takim gruncie wyrosła idea rolnictwa ekologicznego, przyjaznego środowisku, a także zdrowiu konsumentów. Pionierem takiego sposobu gospodarowania w naszym regionie jest Mieczysław Babalski. Razem z żoną Aleksandrą prowadzi on 9-hektarowe gospodarstwo ekologiczne w Pokrzydowie (powiat brodnicki). 

Początki

– Urodziłem się i wychowałem w gospodarstwie – mówi Mieczysław Babalski. – Mieliśmy niedużo, około pięciu hektarów ziemi, jednak to zapewniało dobrobyt całej rodzinie. Chciałem zostać rolnikiem, więc skończyłem technikum, potem studia, zootechnikę. Przez 10 lat pracowałem w Państwowym Gospodarstwie Rolnym. Wtedy właśnie zacząłem się zastanawiać dlaczego tak jest, że gdy w rolnictwie stosuje się chemię, ono coraz więcej  tej chemii potrzebuje. Sam wtedy byłem zwolennikiem „dokarmiania”, tak mnie przecież kształcono, aby intensyfikować gospodarstwo, uzyskiwać coraz większe plony. Ta intensyfikacja powodowała jednak narastające problemy z chorobami, szkodnikami, z cielnością krów. Stwierdziłem, że coś tu nie gra. Później, pod koniec lat 70., przeprowadzano w tym PGR-ze badania krów pod kątem białaczki. Okazało się, że 70 procent tych najlepszych choruje. Pomyślałem sobie, że to nie ma sensu, takie rolnictwo zmierza ku zagładzie, trzeba szukać innego sposobu gospodarowania. 

Wtedy właśnie Mieczysław Babalski skierował swoją karierę zawodową na inne tory. Podjął pracę w Ośrodku Doradztwa Rolniczego. Wrócił również do rodzinnego gospodarstwa w Pokrzydowie.

– Spotkałem wtedy Juliana Osetka, który był rolnikiem ekologicznym – mówi Mieczysław Babalski. – Później pojechałem na specjalny kurs, no i to mnie przekonało, że rolnictwo ekologiczne, wtedy nazywane biodynamicznym, jest właściwą drogą. Plony są niższe, ale jakość uzyskiwanej żywności o wiele wyższa niż w rolnictwie konwencjonalnym. Dlatego właśnie w 1985 roku zaczęliśmy nasze małe gospodarstwo przestawiać na metody ekologiczne. Przez pierwszych 10 lat mało kto się interesował i mało kto zabiegał o produkty ekologiczne. Boom na nie zaczął się od roku 2000, a zainteresowanie ciągle wzrasta.

Ser a sprawa polska

W 1988 r. Mieczysław Babalski wyjechał do Szwajcarii na kurs rolnictwa biodynamicznego. Przez trzy miesiące pracował w gospodarstwie ekologicznym, by następnie w Zurychu uczyć się teorii.  

– W Szwajcarii bardzo lubiłem robić sery – wspomina. – Wychodziły mi tam idealnie, więc chciałem je zacząć robić także w Polsce, u siebie. Kupiłem dwie krowy, zabrałem się do roboty, ale sery nie wychodziły mi tak, jak te szwajcarskie. One po prostu były inne, bo flora bakteryjna u nas jest inna. Dopiero, gdy drugi raz pojechałem do Szwajcarii zrozumiałem, że aby te sery się udawały, trzeba by je produkować na wysokości tysiąca metrów powyżej poziomu morza. Dlatego w górach wychodzą lepsze, niż tu u nas, na nizinie, gdzie jest około stu metrów nad poziomem morza. 
Zaprzestawszy prób z serowarstwem, Babalski zainteresował się szwajcarskimi makaronami razowymi. Nawiązał kontakt z ich producentem, również rolnikiem, który zaprosił go do siebie. Tam mógł wraz z żoną z pierwszej ręki zyskać wiedzę na temat produkcji makaronu. 

– Pomyślałem sobie, że zboża mamy dużo, nic tylko przerabiać – wspomina. – W końcu żyjemy w kraju, gdzie zboże udaje się najlepiej. Tym sposobem w latach 90. zaczęliśmy zajmować się przetwórstwem zbożowym i produkować makarony. Trzeba je było jednak także sprzedać, zdobyć klientów. To nie było takie proste, bo razowy, ciemny makaron wzbudzał nieufność, ludzie nie kupowali go zbyt chętnie. Przez dwa czy trzy lata jeździliśmy regularnie do Warszawy, na ul. Grójecką. Tam, przy domu kultury na Ochocie, był targ, gdzie spotykali się wegetarianie. Woził tam swoje pieczywo Peter Stratenwerth, Szwajcar, który osiedlił się w Polsce. Ja przyjeżdżałem z różnymi rzeczami, jeździli też ze mną inni rolnicy ekologiczni. Przywoziliśmy pszenicę, marchew i inne warzywa i sprzedawaliśmy. Po dwóch latach takich podróży powstał w stolicy pierwszy sklep z ekologiczną żywnością.

Żelazne zdrowie starych ras

Podstawową różnicą między rolnictwem ekologicznym a konwencjonalnym jest stosowanie przez to ostatnie arsenału środków chemicznych, mających na celu zwiększenie plonu. Podejście ekologiczne wyklucza używanie jakichkolwiek sztucznych środków ochrony roślin czy nawozów.

– Głównym nawozem jest obornik – tłumaczy Mieczysław Babalski. – Stosuje się również różne kopaliny. Jest też lista środków, oczywiście biologicznych, których można używać w wypadku jakichś chorób w uprawach. One nie działają ani tak szybko, ani radykalnie jak te chemiczne. Jeśli chodzi o hodowlę, to podejście ekologiczne zakłada podanie antybiotyków wyłącznie wtedy, gdy zagrożone jest życie zwierzęcia. 

Stosowanie takiego leku trzeba zgłosić do jednostki kontrolnej. Jeśli tak leczona była krowa dojna, mleko od niej przez cały okres laktacji nie może być sprzedawane jako ekologiczne. Weterynarze, którzy współpracują z Babalskimi, na ogół wiedzą, że w ich gospodarstwie są ograniczenia w stosowaniu antybiotyków. 

– Druga sprawa jest taka, że moje zwierzęta, a mam trzy krowy rasy czerwona polska i kury zielononóżki, kłopotów ze zdrowiem nie mają – mówi Mieczysław Babalski. – Dają sobie radę bez problemów. Kury, które lęgniemy sami, żyją po trzy, cztery lata, niektóre nawet po siedem. To są odporne ptaki, nawet pisklęta, które nie chorują, jeśli się ich nie przeziębi. Podobnie krowy, odporności im nie brak, chodzą na pastwisko, zacielają się, a cielaki żyją. Mam takich kolegów, którzy bydło cały rok trzymają na wolnym powietrzu. I te krowy świetnie się czują. Największym zagrożeniem dla nich byłoby pewnie uwiązać je w szopie, na łańcuchu. W chowie ekologicznym to jest zresztą zabronione. Uwiązanie krowy wymaga specjalnego zezwolenia.

W ekohodowli sięga się do starych ras rodzimych zwierząt. Cechują się one zazwyczaj dobrą zdrowotnością, są także przystosowane do lokalnego klimatu. Do łask, właśnie dzięki rolnictwu biodynamicznemu, wracają także zapomniane odmiany zbóż, mniej plenne niż ich nowocześni krewniacy. Ich ziarno zawiera za to znacznie więcej cennych dla człowieka związków. Podobną tendencję widać w ekologicznym sadownictwie. 

– Jeśli chodzi o trzodę chlewną, to wracamy do takich ras jak złotnicka pstra czy złotnicka biała – mówi Mieczysław Babalski. – One rozwijają się wolniej niż świnie ras nowoczesnych, oczywiście. W ekologii nie chodzi jednak o to, aby w ciągu czterech czy pięciu miesięcy uzyskać tucznika o wadze stu kilo. Trzyma się wieprza prawie do roku i gdy osiągnie około 120 kilo, ma mięso najlepszej jakości. Kury też wybieramy ze starych ras, takich jak zielononóżka kuropatwiana. Natomiast jeśli chodzi o bydło, to oczywiście czerwona polska czy simental. Wraca się także do hodowli rasy nizinna czarno-biała. Na polach uprawiamy płaskurkę, samopszę, orkisz, te prawie zapomniane odmiany pszenic. Podobnie jest w sadzie, tam mam osiemdziesiąt dawnych odmian jabłoni. To są grapsztyny, koksy, cesarz Wilhelm, szara reneta, złota reneta, szampańskie i wiele innych. Zbieraliśmy je tutaj, w regionie, współpracujemy także z instytutem sadownictwa w Skierniewicach. Trzeba wrócić do takich właśnie ras i odmian, które mogą plonować i produkować bez pędzenia ich chemią.

Szkolić, uczyć, uświadamiać

Rolnictwo ekologiczne w naszym regionie wciąż się rozwija. Coraz więcej osób decyduje się na tę formę gospodarowania, wzrasta też popyt na zdrową żywność. Ogromną popularnością cieszą się produkty z dawnych, mniej obfitujących w słabo przyswajalny gluten odmian pszenicy, zwłaszcza z orkiszu. 

– Wokół Brodnicy i pod Nowe Miasto mamy około stu gospodarstw ekologicznych – mówi Mieczysław Babalski. – Działa tu stowarzyszenie Ekołan, z siedzibą w Pokrzydowie, które zrzesza tych rolników. Co roku organizujemy dwa spotkania, na których prowadzimy szkolenia. Informujemy także o tym, co planujemy. Jeździmy na przykład do Norymbergi, na targi BioFach, a także do gospodarstw ekologicznych w Polsce i w Niemczech. Staramy się po prostu edukować rolników, którzy czasem do takich praktyk w domu i zagrodzie podchodzą nieufnie. A w ten sposób mogą się przekonać na własne oczy, jak to działa. 

Niemieckie gospodarstwa ekologiczne różnią się od polskich przede wszystkim rozmiarem. Mają większy areał niż te rodzime, a to oczywiście oznacza więcej pracy. Prawdziwych pasjonatów rolnictwa w wydaniu eko to jednak nie zniechęca.

– Byliśmy teraz w takim ciekawym gospodarstwie, w którym gospodarze w zasadzie przechodzą już na emeryturę – opowiada Mieczysław Babalski. – Przepisali je na syna, ale sami wciąż pracują. Kiedy ich pytaliśmy, gdzie byli, dokąd wyjeżdżali, odpowiadali, że nigdzie, odkąd przejęli gospodarstwo po rodzicach. Wiadomo, byli zajęci pracą. Jeden zażartował, że niedługo będą się wybierać w podróż, dwa metry w dół. I tak to właśnie jest, pracy w gospodarstwie nigdy nie brak, czego młodzi nie chcą zrozumieć.
 

Tekst i fot. (epo)

W zgodzie z naturą komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ciekawi ludzie, Gmina Zbiczno - więcej informacji