:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?

Odwołanie burmistrza Semeniuka

Postaci, Odwołanie burmistrza Semeniuka - zdjęcie, fotografia
Gazeta CBR 11/12/2015 00:24

25 lat temu Rada Miejska Brodnicy odwołała ze stanowiska pierwszego od przed wojny demokratycznie wybranego burmistrza. A wyłoniono go z wielkim aplauzem ledwie cztery miesiące wcześniej… To wydarzenie było pierwszym i jak dotąd chyba największym wstrząsem w ćwierćwieczu brodnickiego samorządu

Gdy w czerwcu 1990 roku, po wygranych przez Komitet Obywatelski Solidarność w Brodnicy wyborach samorządowych zwoływano pierwszą sesję rady miejskiej nie było w jej oficjalnym programie wyboru burmistrza. O tym, że pojawi się taka propozycja wiedzieli tylko najbardziej aktywni działacze komitetu obywatelskiego, którzy na kilka dni przed terminem posiedzenia spotkali się w siedzibie brodnickiej Solidarności i w kamienicy Mrozowskich.

Wprawdzie kwestia obsady stanowiska burmistrza pojawiła się dużo wcześniej, bo już w momencie ukonstytuowania się samego Komitetu Obywatelskiego, a zaostrzyła w okresie wyłaniania kandydatów na radnych, ale charyzmatyczny przewodniczący Edward Semeniuk dość skutecznie ucinał wszelkie dłuższe dyskusje na ten temat. Twierdził, że cała energia powinna być skierowana na wygranie wyborów, a wszystko inne będzie zależało od wyników jakie ugrupowanie w nich uzyska (burmistrz nie był wówczas wybierany w wyborach powszechnych, lecz przez radę miejską).

8 marca 1990 roku „kontraktowy” sejm uchwalił ustawę o samorządzie gminnym, natomiast datę wyborów samorządowych wyznaczono na 27 maja. Kilka dni po tym pojawił się numer „Ziemi Michałowskiej”, gdzie jedna z najważniejszych działaczek NSZZ”S” i KO Aleksandra Warmińska zamieściła coś w rodzaju apelu: „Proszę wszystkich mieszkańców o zaangażowanie się w proces wyszukiwania kandydatów; najlepszych z najlepszych, głosujmy na autentycznych społeczników. Proces tych przemian, jakie niosą z sobą wybory samorządowe nie może być nikomu obcy, dlatego z całego serca nawołuję do ogólnej mobilizacji (...)”.

W tym samym numerze, na trzeciej stronie umieściliśmy (zajmujący ¾ karty) „Komunikat Przedwyborczy KO” z apelem, aby do 15 marca zgłaszać „godnych kandydatów”, którzy „w kontakcie z NSZZ Solidarność zostaną wyłonieni”. W krótkim czasie uzbierało się prawie 50 pisemnych zgłoszeń i to od lewicy (choćby Janusz Rosik), poprzez mieszczańska prawicę (Andrzej Mrozowski), aż do wojującej solidarnościowej prawicy (Bogusław Kuciński).

 

Gdzie jest przewodniczący?

30 marca i 6 kwietnia, w Domu Kultury odbyły się otwarte spotkania z kandydatami na radnych. Ludzie prezentowali siebie, swój dorobek, dotychczasową pracę społeczną i zawodową. Kto nie potrafił wylegitymować się jakimiś osiągnięciami, wcześniejszym zaistnieniem w przestrzeni społecznej miasta przepadał od razu (zauważę, że dziś to nie jest żadną przeszkodą). Próbowano nawet przeprowadzać głosowania pomocne przy ułożeniu listy ale był z tym spory kłopot i bajzel, zresztą panowało przekonanie, że ostatecznie decyzja będzie należała do kierownictwa KO.

Właśnie wówczas, na sali widowiskowej BDK zapełnionej działaczami, sympatykami i kandydatami Komitetu Obywatelskiego wybuchła - może nie tyle awantura - co konsternacja, gdy wyszło że na liście kandydatów nie ma przewodniczącego Semeniuka. Mało tego! Sam oświadczył, iż nie zamierza kandydować na radnego. Pojawiły się podniesione głosy, żeby zechciał się tu zaraz, publicznie określić co zamierza, że to trochę nienormalne aby szef ugrupowania nie stanął do wyborów. Wyraźnie niektórzy wietrzyli jakieś „nieprzejrzyste” działanie. Jednak lider od razu uciął dyskusję krótkim: „Wybory dotyczą rady miejskiej, na tym się skupiamy, wszystko inne jest teraz absolutnie nieważne i nie będę na ten temat spekulował. Jeżeli chcecie abym poprowadził komitet obywatelski do zwycięstwa, to przecież nie mogę się koncentrować na swojej kampanii, bo ktoś to musi koordynować, załatwiać bieżące sprawy. Kwestią burmistrza zajmiemy się w stosownym czasie”.

 

Pierwsza sesja

Jednak stało się tak, jak założono w poufnym scenariuszu. Komitet obywatelski miażdżąco wygrał wybory i podczas pierwszej sesji Rady Miejskiej Edward Semeniuk został wybrany burmistrzem miasta, zyskując aprobatę 20 radnych, spośród 26 głosujących (dwóch radnych było nieobecnych). W rozesłanym porządku obrad nie było takiego punktu, jednak najważniejsi działacze KO uzgodnili przed sesją, że „wrzucą go do porządku”, z motywacją, iż szczególny czas wymaga szybkich decyzji, stąd miasto musi natychmiast mieć gospodarza. Pomimo pewnych zgrzytów (m,in. ostry protest radnego Eugeniusza Skonieczki, domagającego się rozpisania konkursu), przewodniczący Komitetu Obywatelskiego Solidarność uzyskał zdecydowane poparcie, a po wyborze autentyczny aplauz.

Radni od razu ustalili, że kierując się trudną sytuacją finansową miasta, przez czas nieokreślony nie będą brali żadnej diety, ani zwrotu kosztów. Także wybrana przewodnicząca rady miejskiej Barbara Bok Majzel zrzekła się proponowanego jej etatu.

To dziś prawie niewyobrażalne ale przez pierwsze miesiące radni pracowali po kilka - kilkanaście godzin tygodniowo, rzeczywiście nie biorąc z kasy miasta ani grosza! Początkowo atmosfera była wspaniała, ludzie wręcz garnęli się do działania, zaś posiedzenia plenarne trwały wiele godzin (jako fan samorządności i lokalny dziennikarz byłem na prawie wszystkich do końca roku). Problemy, przed którymi stanęli przypominały jedną wielką, stromą górę lodową do pokonania. Trwały rewolucyjne przemiany prawa państwowego, natomiast lokalnego prawie nie było, lub nie pasowało do zmieniającej się rzeczywistości prawnej i faktycznej. Żadnych regulaminów, statutów, wszystko trzeba było tworzyć niemal intuicyjnie, mając z tyłu głowy, iż już jutro owa twórczość może być jedynie makulaturą.

Miasto dołował zaciągnięty przez ostatnią w PRL Miejską Radę Narodową pięciomiliardowy kredyt, z którego tylko odsetki wynosiły ponad półtora miliarda (starych złotych). Do 29 października 1990 roku miasto powinno do Banku Gdańskiego spłacić ponad trzy miliardy! Grubo ponad dwa miliardy tkwiły w nie spłaconych fakturach. Żeby budżetowo zamknąć rozpoczęte za PRLu inwestycje i remonty brakowało ponad dwa i pół miliarda! Do tego wszystkiego szalała inflacja (rocznie to było 249,3 procent!), która zżerała i tak niewielkie przychody, czy dotacje rządowe…. W zakładach i firmach miejscowych wrzało – wszyscy chcieli pieniędzy.

A jednak ówcześni radni i sam burmistrz nie przestraszyli się tego wszystkiego. Uparli się, że dadzą radę, wyciągną miasto, zinwentaryzują jego mienie (bo nawet nie bardzo było wówczas wiadomo co miasto posiada).

Jednak nie ma nic za darmo. W jak dotąd dość zgodnym (przynajmniej co do pryncypiów zespole) zaczęły pojawiać się różnice zdań.

Nie tylko wspomnienia, lecz nawet lektura wygładzanych przecież protokołów pokazuje, że bywały komisje, podczas których w ferworze dyskusji niedawni koledzy zaczynali sobie skakać do oczu obwiniając się o rozmaite kwestie, a nierzadko po prostu pierdoły, na które w normalnych czasach nikt nie zwraca uwagi. Stres napięcie, odpowiedzialność, zmęczenie i złość na - mimo wszystko – powolne tempo zmian, oraz niemożność szybkiej realizacji obietnic wyborczych dolewała oliwy do ognia. Szalały jakieś plotki na osobiste tematy, jastrzębiom nie podobało się, że w Urzędzie Miasta wciąż pracują PRLowscy prominenci, a do tego doszła sprawa postawy samego burmistrza.

 

Trudny charakter wodza

Semeniuk - siłą rzeczy – pierwszy zapoznał się ze stanem finansowym miasta i zaczął hamować rozmaite kosztochłonne inwestycje, nie mówiąc już o realizowaniu obietnic nowych. Był nawet problem ze sfinansowaniem zakupu pojemników na śmieci dla osiedla Morskie Oko. Najgorsze, że pochłonięty pracą przestał się pilnować i zaczął dystansować swoje zaplecze, coraz mniej tłumaczył swoje postepowanie. Ewidentnie zaczęły w nim dominować cechy, dzięki którym zdołał przetrwać stan wojenny i późniejsze lata „nielegalu” jako niekwestionowany lider lokalnej Solidarności, a więc przede wszystkim apodyktyczność i nieznośna pewność siebie. Bez przerwy atakowany aby zwolnił architekta miejskiego Suchockiego, spokojnie odpowiadał, że na razie jest mu potrzebny, a innego nie ma. Niektórzy twierdzili, iż buduje wokół siebie dwór złożony wyłącznie ze zwolenników, oraz kilku zaufanych urzędników „odziedziczonych” po PRLu. Podejrzewano, że wykorzystując autentyczny bajzel prawny, jaki zazwyczaj cechuje okresy przejściowe sam zleca różnym firmom prace na rzecz miasta, że wydaje pieniądze bez konsultacji z Radą Miejską.

Tu nawet nie chodziło o rozrzutność, czy korupcję, bo tego nikt poważnie nie brał pod uwagę, a o złamanie tak ważnej w rewolucji solidarnościowej idei kolektywizmu, przejrzystości, może naiwnie rozumianej ortodoksyjnej demokracji, do której pewnie nawet nie wiedząc w czym się wyraża tęskniło wielu; „że my tu tak teraz razem młodzi przyjaciele”….

Patrząc z perspektywy czasu na ów zarzut „łamania demokracji” widać, iż co najwyżej była to półprawda, ale wówczas w radnych narastało poczucie, że jak szybko czegoś z tym nie zrobią, to stracą kontrolę nad wydarzeniami i biegiem wypadków. Niewątpliwie była w tym też autentyczna, wynikająca z lokalnego patriotyzmu troska o miasto.  Nadto wciąż jeszcze byli na fali powyborczej nadaktywności, objawiającej się nie tylko nadmiarem energii do działania, wyostrzoną uwagą, lecz także upartą chęcią udowodnienia swojej ważności, koniecznym uczestnictwem w udziale decyzyjnym.

Burmistrz wyraźnie im tego nie zapewniał, zatem sytuacja przypominała antyczna historię Cezara, który przecież praktycznie pozbawił wpływu na losy państwa senatorów oraz konsulów, jakich sam wyznaczył. Wokół ówczesnej przewodniczącej Rady Miejskiej zebrała się grupka niezadowolonych, gotowych dokonać swoistego przewrotu. Nie oglądając się na zwyczaje i przepisy, postanowili zwołać sesję nadzwyczajną, dostarczając radnym zawiadomienia trzy dni przed terminem (do niektórych dotarły w dniu sesji – tak oświadczyli).

 

Tajna sesja

Jako pretekst wykorzystano prawdopodobne podejrzenie jakoby burmistrz nie przestrzegał uchwały Rady, na mocy której wszelkie prace dla miasta miały być zlecane wykonawcom - wyłącznie zwycięzcom przetargów. Tu gwoździem miała być sprawa opracowania projektu (wartego 130 ówczesnych milionów)  budowy szkoły muzycznej, gdzie Semeniuk nie konsultując z Radą Miejską zlecił to spółce „Ekoprojekt” z Bydgoszczy. Ktoś uprzejmie doniósł Komisji Rewizyjnej Rady Miejskiej, że w tejże spółce pracowała wówczas córka architekta miejskiego. To miało wystarczyć.

Sesję zwołano na dzień 12 października, o czym burmistrz dowiedział się dzień przed terminem, zaś o tym, że ma być tajna – już na sali obrad. Był jedynym spoza składu Rady Miejskiej. Nie poproszono żadnego urzędnika, nawet nie wezwano protokólanta, zaś jego czynność powierzono radnej Grażynie Koreckiej. Obrady szybko zmieniły się w rundę nerwowych pytań i lakonicznych odpowiedzi wyraźnie zaskoczonego sytuacją Semeniuka. Im dłużej to trwało tym więcej pytania zamieniały się w zarzuty. Np. radny Bogdan Kuciński ocenił, że burmistrz nie panuje nad sytuacją, bo w mieście „widoczny jest bałagan i nieporządek”. Marian Barcz zarzucił „kłamstwo w sprawie komunalizacji PECu”. Aleksandra Warmińska stwierdziła, że „burmistrz nie słucha Rady Miejskiej, nie chce jej doradztwa”, natomiast radny Hoga zauważył „brak dyscypliny urzędników UM”, a wręcz „iż z tego powodu „urzędnicy śmieją się z Rady i burmistrza”. Przewodnicząca RM Barbara Bok Majzel zauważyła, że „sprawy zasadnicze jak dotąd szły obok”.  

Semeniuk, zdenerwowany, zarzucony wieloaspektowymi pytaniami, na które bez swoich merytorycznych urzędników nie mógł dać pełnej odpowiedzi postawił wszystko na jedną kartę i stwierdził, że wobec takich zarzutów i braku wiary w to co robi, powinni przegłosować wotum zaufania dla niego.

Jednak chwyt, który sprawdzał się w pracy związkowca, tu zawiódł całkowicie, bo radny Marek Raniszewski od razu stwierdził, iż nie widzi możliwości dalszej współpracy i zgłosił wniosek o odwołanie burmistrza z pełnionej funkcji.

Przewodnicząca natychmiast go zaakceptowała (pozostali przyjęli) i zwróciła się do Rady o wyłonienie komisji skrutacyjnej do głosowania tajnego. Wybrano trzech radnych: Tadeusza Lewandowskiego (przewodniczący), Mariana Barcza i Bogdana Kucińskiego. Pytanie było proste: „Czy jesteś za odwołaniem burmistrza Edwarda Semeniuka z zajmowanego stanowiska: tak/nie.” Mimo to w trakcie głosowania dwóch radnych coś pokręciło i domagało się powtórzenia procedury, na co nie wyrażono zgody.

W efekcie już po kilku minutach komisja skrutacyjna ogłosiła wynik: „Udział wzięło 23 radnych, obecnych na sesji 23 radnych. Głosów nieważnych stwierdzono - 2. Za odwołaniem Edwarda Semeniuka głosowało - 14 radnych, przeciwko – 7.   Komisja stwierdza, że w wyniku tajnego glosowania odwołano Edwarda Semeniuka z funkcji burmistrza miasta Brodnicy”.

Tego dnia podjęto jeszcze jedną decyzję; o powołaniu komisji do przeprowadzenia konkursu na nowego burmistrza. W jej skład weszli: Eugeniusz Skonieczka, Krzysztof Lewandowski, Aleksandra Warmińska, Marian Barcz, Bogusław Kuciński, Marek Raniszewski i Jerzy Głowacki. 

 

Burmistrz jest, burmistrza nie ma…

Pomimo, że wówczas nie było jeszcze internetu, a na telefon kablowy trzeba było czekać miesiącami wieść o odwołaniu burmistrza rozniosła się po mieście błyskawicznie. Byłem wówczas w grupie tych, którzy o sprawie dowiedzieli się jako jedni z pierwszych. Siedzieliśmy wówczas z Adamem Raczyńskim w biurze brodnickiej Solidarności, próbując wraz z niewielką grupką współpracowników sklecić jakiś materiał do „Ziemi Miachałowskiej”. Nagle wszedł zły jak osa mój kuzyn Kazimierz Grążawski, będący wtedy rzecznikiem prasowym Rady Miejskiej i stwierdził krótko – „Odwołaliśmy Semeniuka”. Zdębieliśmy, po czym prawie wszyscy jednocześnie zawołali – „O k..wa mać! Jak to odwołaliście?!”

Opinia społeczna w mieście była zaskoczona chyba jeszcze bardziej, bo mało kto znał skomplikowane relacje między burmistrzem, a Radą Miejską, jednak protesty były słabe. Ograniczały się do cierpkich uwag podczas zebrań związkowych i innych. Ludzie mieli milion innych zmartwień.

Tymczasem szybko wyszło, że rada popełniła błędy proceduralne. Już sam fakt odbycia sesji przy drzwiach zamkniętych był takim błędem, a przyjęcie zasady bezwzględnej większości podczas głosowania położyło sprawę. Żeby uzyskać bezwzględną większość musieli mieć 15 głosów za odwołaniem (skład wynosił 28 radnych), tymczasem przy nieobecności całego składu rady uzyskali głosów 14. Szło o jeden głos i właśnie dlatego ówczesny wojewoda toruński Zbigniew Muchlinski uznał uchwałę za nieskuteczną.

Przewodnicząca rady miejskiej Barbara Bok-Majzel przyjęła werdykt wojewody do wiadomości i zapowiedziała, że na kolejnej sesji i tak będzie rozpatrywana kwestia odwołania, ponieważ jak to ujęła w wypowiedzi dla dziennikarza „Nowości”: „Pan Semeniuk

Nie respektował także wielu innych naszych zaleceń”.

Finał zgodny z prawem

Posiedzenie RM zwołano na 7 listopada 1990 roku. Od razu odtajniono protokół z VI sesji, czyli poprzedniej - tajnej, a następnie burmistrz przedstawił informację  o pracy Zarządu Miasta, za czas od V sesji. Przewodnicząca Komisji Rewizyjnej Ewa Sargalska odczytała protokół tego organu, podtrzymujący większość zarzutów wobec burmistrza, a także Zarządu Miasta i rozpoczęto długą dyskusję, którą można podsumować przytoczeniem dwóch wypowiedzi. Pierwsza – radnego B. Kucińskiego: „Wnoszę o odwołanie Edwarda Semeniuka z funkcji burmistrza miasta. Skandaliczne zachowanie się (burmistrza – przypis mój) na spotkaniach z wyborcami po VI sesji (tajnej – przypis), gdzie występował przeciwko radnym , nie daje nadziei na dalszą współpracę. Burmistrz nie powinien „panować”, a służyć temu miastu”. Następnie radny Krzysztof Lewandowski: „Ja nie wyobrażam sobie współpracy z panem Semeniukiem . Wydaje mi się, że pan nie ma struktury, która odpowiada cechom burmistrza”.

Sam burmistrz w ogóle nie zareagował na te wypowiedzi. Zamiast tego spokojnie próbował wytłumaczyć, że zarzuty są przesadzone, a część nieaktualna (np. bezkosztowe wycofanie się z projektów na szkołę muzyczną), jednak poza garstką zwolenników już go chyba nikt nie słuchał. Na wniosek przewodniczącej powołano komisję skrutacyjną w składzie: Grażyna Korecka, Tadeusz Lewandowski, Stanisław Hoga, po czym wkrótce przeprowadzono głosowanie jak we wniosku Kucińskiego. Tym razem nie było wątpliwości, w cztery miesiące po swoim wyborze Semeniuk został odwołany 18 głosami, przy 6 przeciwnych. 

Adam Raczyński napisał na pierwszej stronie „Ziemi Michałowskiej”: „Sprawdził się pogląd, że nie każdy, kto ma cechy przywódcy (a takie niewątpliwie ma były burmistrz) jest dobrym wykonawcą czyich uchwał”.

 

Miesiąc później nadzwyczajna (tak ją nazwano) komisja ds. przeprowadzenia konkursu na burmistrza (Warmińska, Głowacki, Kuciński, Kupczyk, Raniszewski) ogłosiła, ze do konkursu zgłosiło się sześciu kandydatów: Wacław Derlicki z Kurzętnika, Janusz Drozdowski – pracownik PBRol Brodnica, Jerzy Kryger – pracownik ZSM POLMO, Krzysztof Pawłowski z Brodnicy, Andrzej Schuetz z Brodnicy i marek Szynkiewicz z Wąbrzeźna. 19 grudnia owa nadzwyczajna komisja zarekomendowała radzie wybór Wacława Derlickiego, choć mało brakowało, a rekomendacja by dotyczyła Krzysztofa Pawłowskiego. Po prostu Aleksandra Warmińska w ostatniej chwili zmieniła zdanie.

Piotr Grążawski

Reklama

Odwołanie burmistrza Semeniuka komentarze opinie

Dodajesz jako: |


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez brodnica-cbr.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

WPR sp. z o. o. z siedzibą w Golub-Dobrzyń 87-400, Rynek 20

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"