15°C lekki deszcz

Hrabia Mielżyński – obrońca Brodnicy (część druga)

Postaci, Hrabia Mielżyński obrońca Brodnicy (część druga) - zdjęcie, fotografia

Ignacy Mielżyński, to bardzo kolorowa postać historyczna, człowiek, którego los w pewnym momencie związał z naszym miastem i warto aby miał swoje stałe miejsce w naszej zbiorowej pamięci

(Pierwsza część do przeczytania TUTAJ)

W poprzednim odcinku rozstaliśmy się z hrabią w momencie, gdy w 1917 roku, a więc w samym apogeum trwania pierwszej wojny światowej został awansowany na drugi stopień oficerski (porucznika armii Rzeszy), a następnie… zwolniony do rezerwy. 

Mogłoby się wydawać, że teraz dla wielkopolskiego magnata nadchodzą spokojne dni i po powrocie do swoich Chobienic zajmie się jedynie hodowlą ulubionych koni pełnej krwi angielskiej, lecz takie rozwiązanie absolutnie nie pasowało do rogatej natury Mielżyńskiego. Uważnie obserwował dalszy przebieg wielkiej wojny i jako dyrektor wielkiej polskiej spółki „Bazar” coraz aktywniej wspierał polską sprawę. Był bardzo przejęty, gdy wyszło, iż powojenne międzynarodowe porozumienia nie przewidywały włączenia Wielkopolski i Pomorza do powstającej II Rzeczpospolitej. Szybko przyłączył się do konspiratorów, którzy coraz bardziej zmierzali do siłowego rozstrzygnięcia. 

Późną jesienią 1918 roku cała prowincja przypominała już beczkę prochu. Iskrą do jej eksplozji stała się wizyta w Poznaniu powracającego do Polski Ignacego Jana Paderewskiego. Ciekawe, że bezpośrednie zamieszki wszczęli Niemcy, którzy w reakcji na płomienne wystąpienie Paderewskiego wygłoszone 26 grudnia przed hotelem Bazar, już na drugi dzień zaczęli napadać na polskie placówki, zrywać flagi itp. W odpowiedzi na to Polska Organizacja Wojskowa Zaboru Pruskiego wezwała rodaków do powstania i w krótkim czasie ogień wojny zapłonął w Wielkopolsce oraz na przyległej części Pomorza.

Ponieważ sam moment rozpoczęcia walk był spontaniczny, więc zaskoczył także wielu Polaków. Mielżyński, nie czekając na jakieś oficjalne przydziały najszybciej jak mógł przystąpił do powstańców, jako „rolnik z Iwna”. Właśnie pod takim mianem wziął udział w potyczce pod Zdziechową 30 grudnia 1918 roku. Zaraz po tym przedostał się do Fortu Grollmana w Poznaniu, gdzie powierzono mu dowodzenie kompanią, a potem szefostwo sztabu i dowództwo odcinka łabiszyńskiego frontu północnego Powstania Wielkopolskiego. Pod Rynarzewem dał przykład wielkiej odwagi; osobiście, wśród gradu kul, na pierwszej linii prowadząc żołnierzy do udanego ataku. 

Nim nadeszło lato Mielżyński miał jeszcze nie raz udowodnić, że jest odważnym, charyzmatycznym dowódcą. 
28 czerwca 1919 roku podpisano traktat wersalski przyznający Wielkopolskę Polsce, a już 9 lipca zniesiono w prowincji stan wyjątkowy (poza strefą przyfrontową). 4 dni wcześniej hrabia poprosił o zwolnienie z formacji wielkopolskich i postanowił udać się… na Śląsk. Bardzo możliwe, że namówił go do tego brat Maciej – narodowiec, żywo zainteresowany sprawami śląskimi. Ignacy na czele 300 osobowego oddziału pojawił się w Sosnowcu w sierpniu, zaraz na początku nieudanego pierwszego powstania, trwającego ledwie tydzień. Tuż po jego upadku (24 sierpnia 1919) Mielżyński zameldował się w dowództwie oczekując dalszych zadań, które zresztą otrzymał (wszedł w skład Międzynarodowej Komisji Granicznej dla ustanowienia granicy polsko-niemieckiej).

Na ratunek ojczyźnie

Tymczasem od 14 lutego 1919 roku Polska toczyła wojnę z Rosją sowiecką. W czerwcu 1920 roku gwałtownie załamał się front i Rosjanie przeszli do bezpardonowego natarcia. Już w pierwszych dniach lipca Polacy cofnęli się w niektórych miejscach nawet o 350 kilometrów! Było jasne, że decydująca bitwa rozegra się na rdzennie polskiej ziemi, a w tej sytuacji każdy żołnierz będzie na wagę złota. Rozumiał to i Mielżyński, po czym zwrócił się do Naczelnego Dowództwa o zezwolenie na sformowanie ochotniczego pułku kawalerii. Początkowo sztabowcy chcieli utworzyć taką jednostkę przy 16 Pułku Ułanów w Bydgoszczy, ale Mielżyński upierał się, iż powinna powstać w Poznaniu, gdzie sam hrabia wskazywał odpowiednie zaplecze, a przede wszystkim planował odwołać się do swoich znajomych krajanów. 

Po kilku natarczywych prośbach, wreszcie dopiął swego i dostał zgodę na utworzenie oddziału przy szwadronie zapasowym 15 Pułku Ułanów w Poznaniu. Formacja otrzymała oficjalną nazwę 1 Ochotniczy Pułk Jazdy Wielkopolskiej Nr 215. 
Gdy tylko rozniosła się wieść, że hrabia formuje pułk ochotniczy, reakcja na to przyszła prawie natychmiast. Zwłaszcza rodziny ziemiańskie, ożywione patriotycznym duchem, a wielu familijnymi legendami czasów napoleońskich – dały wspaniały odzew. Niejednokrotnie wybierano z rodzinnych stajni najlepsze konie, najlepsze rzędy, ba! Kupowano nawet broń, po czym z pełnym, własnym rynsztunkiem wysyłano chłopaków do Poznania. 

Był to rekrut dość szczególny, ponieważ albo mieli za sobą służbę frontową w armii niemieckiej, albo wielu z nich w ogóle nie mogłoby się starać o przyjęcie do „normalnej armii” ze względu na wiek. Mieli 16 – 18 lat! W czasie owego zaciągu obserwowano obrazki iście humorystyczne, gdy to ojciec z synem razem wstępowali do armii, przy czym „stary” w mundurze pruskiego podoficera, czy oficera, zaś młody albo w mundurze stylizowanym na polski, albo w cywilnych kubrakach. Były też i sceny znane z dawnych opowieści o pospolitym ruszeniu, bo oto zgłaszał się dziedzic jakichś włości, wraz ze… służbą i paroma chłopami, których na swój koszt wyposażył, a którzy aż nogami przebierali do wojaczki. Serce rosło na widok tylu dzielnych ochotników ściągających na wezwanie hrabiego Mielżyńskiego, choć on sam oprócz tego uczucia, lustrując wzrokiem całe towarzystwo odczuwał też wielki niepokój, bo o ile mężczyźni i chłopcy prezentowali nienaganne morale, wyglądali doskonale na swych pięknych koniach, z pewnością dobrze władali szablami, oraz wyśmienicie strzelali (wszak była to istotna część edukacji zamożnego szlachcica), to przecież gdzie im tam było do karnej, wyćwiczonej regularnej armii! 

Najgorszym był fakt braku doświadczonych instruktorów – podoficerów (już Bismarck stwierdził, że armia opiera się na kapralach – ja, kapral też Wam to mówię), którzy by mogli w to pstrokate towarzystwo wprowadzić dyscyplinę i nawyki. Ponieważ Mielżyński nie mógł znaleźć podoficerów znających komendy i regulamin polski (tych wymiotły potrzeby frontu bolszewickiego), to spośród ochotników wyłuskał „unteroffizierów” armii pruskiej, po czym rozkazał im szkolić rekruta według regulaminów i komend niemieckich. Początkowo wyglądało to – nazwijmy delikatnie – mało poważnie, gdyż biedni podoficerowie, niesieni patriotyzmem do niemieckich słów dawali polskie komentarze, co brzmiało mniej więcej: „Alle achtung! Klumpy do siebie napiętkami przyciągnijta!”, jednak po jakimś, niedługim czasie wszyscy się przyzwyczaili. 

W tydzień od sformowania Naczelne Dowództwo przydzieliło jednolite mundury, a Mielżyński dogadał się z dowódcą 15 Pułku Ułanów, że ten wypożyczy mu na czas ćwiczeń karabiny (lanc nigdy nie dostali, ponieważ i tak nie było kiedy przeprowadzić kursu władania nimi).

Wymarsz na front

Czas płynął, a front przybliżał się w szalonym tempie. Polska armia cofała się wprawdzie bez większych oznak paniki ale jednak cofała. Nie było czasu na dłuższe ćwiczenia. Nawet miesiąc nie upłynął od 15 lipca, gdy Mielżyński dostał oficjalne zezwolenie na organizację oddziału, a już 12 sierpnia 1920 roku przyszedł dla 1 Ochotniczego Pułku Jazdy Wielkopolskiej Nr 215 rozkaz do wymarszu. 

Sytuacja była bardzo groźna, ponieważ sowiecka 4 armia, wraz z III Korpusem Konnym dowodzonym przez sławnego Gaja Dimitriewicza, zwanego też Gaj Chanem 6 sierpnia zdobyła Ostrołękę, następnie zaś Przasnysz i Sierpc, zaś 10 sierpnia przeszła przez Wisłę i skierowała się na zachód. Celem bolszewików było odcięcie Polski od północy i zachodu.
W marszu tym oddziały Gaja Bżyszkiana zajęły Bobrowniki, skąd było już tylko ok. 40 km do Torunia. Cień krwawej hordy Gaj Chana padł na Pomorze. W tej sytuacji marszałek Piłsudski rozkazał zebrać wszystkie siły, nawet te jedynie teoretycznie zdolne do walki.

Wczesnym popołudniem 13 sierpnia Mielżyński wyprowadził pułk z koszar i pomaszerowali na dworzec kolejowy. Do wojskowego eszelonu załadowano 878 ludzi i 330 koni oraz broń, po czym zgodnie z rozkazem, punktualnie o godz. 21 wyruszono w kierunku Torunia. Gdy pociąg tam dotarł, zamiast rozkazu do rozładunku – przyszedł inny – „Natychmiast ruszać do stacji Golub i w tym rejonie obsadzić brzegi Drwęcy”. 

Mielżyński od razu zrozumiał, że sytuacja na froncie musi być daleko bardziej poważna, niż przypuszczali. W gorącą noc, jedynie zmieniono na toruńskim dworcu lokomotywy i pociąg pomknął torami do Golubia. Nie mogli wiedzieć, że właśnie w tym momencie silne patrole bolszewików, po raz kolejny przerwały słabe linie obrony, po czym w milczącym nocnym rajdzie ruszyły w kierunku tego miasteczka i Brodnicy. Rozpoczął się śmiertelny wyścig…

Dokończenie nastąpi.

Piotr Grążawski

Hrabia Mielżyński – obrońca Brodnicy (część druga) komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

Postaci, Miasto Brodnica - więcej informacji