9°C słabe opady deszczu

Cygańskie konie w Brodnicy

Ciekawostki, Cygańskie konie Brodnicy - zdjęcie, fotografia

Wiosną i latem 1932 roku z pastwisk wokół Brodnicy „zniknęło” wyjątkowo dużo koni. Kradzieże zdarzały się zawsze (tak jak dziś samochodów), lecz plaga, jaka wówczas spadła na okolicę ewidentnie znamionowała działanie złodziejskiej bandy. Konie „ulatniały” się także z pastwisk w powiatach grudziądzkim, nowomiejskim, toruńskim, wąbrzeskim, sprawą zajęli się detektywi Komendy Wojewódzkiej Pomorza. Szybko odkryli, że część zwierząt „odnalazła się” na lokalnych jarmarkach, gdzie wystawiano je po rewelacyjnych cenach…

Po pewnym czasie obserwacji wyszło, że większość „trefnych” zwierzaków, w różnych miejscowościach oferuje ten sam stary Cygan, co samo w sobie może by nie było takie dziwne, gdyby nie zauważono, że zwykle w miejsce sprzedanego natychmiast dostarczano następnego, zaś owymi doprowadzającymi były... romskie kobiety, lub rzadziej – wyrostki. Na początku września 1932 roku urządzono dwie policyjne zasadzki na jarmarkach w Brodnicy i Toruniu. Zatrzymano w areszcie 12 osób narodowości romskiej, w tym aż 8 kobiet. Całe to towarzystwo dość szybko postawiono przed obliczem sędziego, wobec którego nikt z aresztowanych – oczywiście – nie przyznał się do popełnienia przestępstwa, ani nie był w stanie wskazać kogokolwiek podejrzanego. Zachowało się świadectwo dość osobliwego dialogu pomiędzy sędzią, a jedną z zatrzymanych. Na jego pytanie jak się nazywa podejrzana i gdzie się urodziła, ta odpowiedziała: Nie wiem, a skąd mam wiedzieć takie rzeczy? Urodziłam się gdzieś w drodze, bo my Cyganie jesteśmy zawsze w drodze.

Sędzia: No to gdzie podejrzana mieszka?

Cyganka: A wszędzie proszę sądu.

Sędzia: Kto przyprowadził skradzione konie do waszego obozu pod Brodnicą?

Cyganka: Mój kochanek.

Sędzia: Hmm... kochanek. Jego nazwisko. 

Cyganka: Nie wiem, bo nie pytałam go nigdy o nazwisko.

Choć poszkodowani rolnicy w śledztwie zeznawali, że czasem widywali wokół pastwisk Cyganów, to żaden z nich nie mógł rozpoznać, czy są oni wśród zatrzymanych. Nic, tak na sto procent nie można było ustalić, nawet imion aresztowanych. W końcu zdenerwowany sędzia, nie mogąc potwierdzić żadnych dowodów zwolnił wszystkich, co zresztą kwaśno, choć z pewnym zrozumieniem przyjęły ówczesne gazety. Konie, które policja znalazła w obozie rozdzielono – bez wyroku – pomiędzy poszkodowanych rolników(!), co w świetle prawa było kuriozalną decyzją, ale po ludzku sprawiedliwą, zwłaszcza, że Romowie nie protestowali. 

Targi końskie

Powiedzmy tu od razu, że specjalnych targów końskich w okolicach Brodnicy nie było (najbliższe, najsłynniejsze odbywały się w Skrwilnie), natomiast były olbrzymie jarmarki, których „jednym z działów” stanowiły targi zwierząt, w tym końskie. Ciekawe, że nie uczestniczyli w nich najwięksi okoliczni hodowcy, a jedynie rolnicy, drobni hodowcy i Cyganie. 

Terminy jarmarków znano z rocznym wyprzedzeniem, bo już pod koniec roku były publikowane w urzędowych rozporządzeniach, gazetach, a nawet kalendarzach. Czasami Romowie nie tylko wchodzili na miejski oficjalny plac targowy, lecz naprędce organizowali swój. Jednym z takich miejsc w Brodnicy był teren dzisiejszego parku Jana Pawła II (wówczas pusty, bagnisty plac), rzadziej w pobliżu wieży ciśnień (zresztą po wojnie miejsce zaakceptowano do handlu zwierzętami i płodami rolnymi). Wbrew temu co rozpowiadano publicznie, to tak naprawdę brodniczanie czekali na cygańskich kupców, ponieważ handlarze przeważnie przybywali taborem. Nieraz było to tylko kilka wozów, a czasem nawet ponad dwadzieścia. Już po dojeździe na plac, czy miejsce obozowiska obwieszano je polerowanymi patelniami, garnkami, kociołkami, drobnymi narzędziami. Gdy było to możliwe (co dla Cyganów oznaczało – jeśli policja się nie czepiała) rozpalano ogniska, nadstawiano kociołki z kiełbasą, zaś obok, na okrytej chustą krótkiej ławie rozkładano placki, rogaliki, bułki... 

To było dla gawiedzi, bo gospodarzy oficjalnie interesowały wyłącznie konie, a tu rzecz zadziwiająca – żaden Cygan nie oferował konia starego, słabego, czy chorego. Wszystkie były jak ze stajni księcia Radziwiłła!

Sposoby na super konia

Najstarszym sposobem na ożywianie leciwego zwierza było podkarmianie go ... arszenikiem. Ten zabójczy specyfik podawany w odpowiednich dawkach (czego tu przecież nie zdradzę) na krótko uodparniał konia, krzesząc z niego niebywałą energię. Wiedzieli o tym cygańscy handlarze jeszcze w średniowieczu. Nawet bardzo stary, niedołężny koń na jakiś czas prezentował się całkiem przyzwoicie, a gdy do tego dochodziła „rozsądna cena” o nabywcę nie było trudno. Innym sposobem na przywracanie końskiego wigoru było pojenie zwierza bimbrem. Przed jarmarkiem niektórym sztukom podawano nawet litr tego specyfiku.

Także na końskie zęby znajdowano radę (jak wiadomo ich ocena wiele mówi o wieku i „sposobie życia” piłując i czyszcząc je specjalnymi pilnikami. Cyganie potrafili udanie nie tylko przefarbować konie ale nawet „uzupełnić” wytartą sierść (np. od niedopasowanej uprzęży), czy ukryć piętno własnościowe. Dochodziło do tego, że nawet prawowici właściciele nie rozpoznawali swoich koni i kupowali je po raz drugi. 
Sama transakcja miała swój rytuał i żaden koń „nie miał prawa” zostać nabyty za cenę wywoławczą. Przekomarzanie się nawet o parę złotych mogło trwać kilkadziesiąt minut, a zazwyczaj co jakiś czas było to przerywane zamaszystym „przybijaniem”, biciem się po dłoniach, zapewnianiem, że więcej nie da się opuścić, lub zapłacić. 

Ze wspomnień wiem, że bywały przypadki, gdy to gospodarz, czyli „gadzio” chciał przechytrzyć Cygana i nie tyle sprzedać, co zamienić swoją styraną chabetę na jakąś inną. Chwalił przy tym oferowanego zwierzaka, zaś handlarz udając, że mu wierzy oglądał „towar” jedynie pod kątem, czy da się konia wyleczyć i „podrasować”. Ponoć dramatycznie mało gadzio na tym dobrze wychodziło...

O ile do cygańskich koni mimo wszystko podchodzono z pewną rezerwą, o tyle wysoko ceniono wiedzę Romów na temat leczenia koni. Tu skojarzenie było proste; skoro Cygan i koń stanowią nierozłączność na całe życie, zatem codzienne doświadczenie przez pokolenia musi być najlepszym nauczycielem. 

Wniosek był nadzwyczaj trafny, ponieważ rzeczywiście koń i pies przez wieki nieodłącznie towarzyszyli wędrówce Romów, co powodowało wytworzenie się szczególnego rodzaju więzi (żaden Cygan i dziś nie skaleczy tych zwierząt ani nie zje ich mięsa), a także wiedzy na temat leczenia zwierząt z ich rozmaitych przypadłości. Nawet tak wytrawny hodowca koni jak Abramowski z Jajkowa chętnie korzystał z usług zaprzyjaźnionych zaklinaczy.

Cyganie na brodnickich jarmarkach oferowali przeważnie konie niewiadomego pochodzenia, będące najczęściej mieszańcami rozmaitych gatunków, jednak tuż przed wojną i już kilka lat po niej oferowali potężnie zbudowane konie własnej hodowli bardzo podobne do tych rasy Shire (jak to u nas mówili -„szajery”). Te wręcz pomnikowe zwierzęta cechują się harmonijną budową, są silnie umięśnione, długonogie, o krótkim tułowiu oraz szerokiej piersi. Wielu brodniczan powinno pamiętać brodnickich Romów pasących swoje „smoki” na dzikich pastwiskach w okolicach dzisiejszego mostu przy ul. Sienkiewicza, przy Alei Leśnej i w paru innych miejscach. My chłopaki z brodnickiej Gdyni często je podziwialiśmy…

Nie ma już na jarmarkach Cyganów, nie ma wrzeszczących kupców, nie ma koni, po ulicach Brodnicy nie telepią się furmanki. Czas minął, przeszła epoka. Jest inaczej…
 

Piotr Grążawski

Cygańskie konie w Brodnicy komentarze opinie

  • gość 2018-08-07 20:37:25

    Przepiękny artykuł

Dodajesz jako: Zaloguj się