Wydarzenia, stało „Orchideą” - zdjęcie, fotografia
27/04/2018 09:18

29 grudnia 1944 roku, stacjonujące w Brodnicy oddziały Jagdkommando, pod dowództwem SS-Hauptsturmführerra Ernsta Bartscha tropiąc skoczków spadochronowych natrafiły na ukryty w Pokrzydowie magazyn sanitarny brodnickiego inspektoratu Armii Krajowej. To stało się przyczynkiem gwałtownej fali terroru…

7 września 1944 roku dowództwo II Frontu Białoruskiego Armii Radzieckiej zdecydowało o zrzuceniu w rejonie Górzna – Czarnego Bryńska kilkuosobowego desantu spadochronowego mającego dokonać rozpoznania na granicy Prus Wschodnich i obszaru Gdańsk Prusy Zachodnie. Mieli też zadanie polityczne, jakim było rozpracowanie struktur miejscowego ruchu oporu. 14 października zrzucono kolejną grupę złożoną z Rosjan, Polaków, a nawet „nawróconych” Niemców. Cała grupa była dość hałaśliwa jak na okręg silnie nasycony niemiecką ludnością (według raportów brodnickiego landrata Konrda Sauera na terenie powiatu brodnickiego było rozlokowanych ponad 16 tysięcy niemieckich przesiedleńców, uciekinierów itp., co jeśli nawet nie liczyć wciągniętych na Volkslistę, a jedynie rodowitych miejscowych dawało spory procent ogółu ludności). Hitlerowskie siły bezpieczeństwa dość szybko się o nich dowiedziały i żeby zapewnić sobie „czyste zaplecze” ściągnęły do Brodnicy 200 osobowy, uzbrojony po zęby oddział specjalny do zwalczania partyzantów Jagdkommando (dosłownie „oddział myśliwych”).

Jego trzon stanowili niemieccy oficerowie: SS-Hauptsturmführer Ernst Bartsch, SS Oberleutnant Hans Kramer, SS Oberleutnant Jurgen Pfloger, Oberleutnant Geheime Staatspolizei (SD) Gustaw Kirsten , Oberleutnant SD Zullang (prawdopodobnie Gregor). Podoficerami (dowódcami drużyn) też byli Niemcy. Dowodzili oni rosyjskimi i ukraińskimi renegatami, bandytami spod ciemnej gwiazdy, wśród których było też kilku zdeklarowanych Volksdeutschów, którym odpuszczono kryminalne kary w zamian za służbę w Jagdkommando - „Spielmannszugu”.

Ta wielce doświadczona w tropieniu i mordowaniu wataha (bo słowo „żołnierze” jakoś mi nie chce przejść przez gardło) raz dwa wpadła na trop spadochroniarzy, a 29 grudnia, w Pokrzydowie wystrzelała ich główną grupę. Oczywiście nazajutrz, w ramach kary za ukrywanie desantowców zamordowali kilkunastu mieszkańców wsi i może na tej tragicznej daninie by się skończyło, gdyby nie odkryli w gospodarstwie Janiny Bekterowej magazynu sanitarnego. Oprócz lekarstw znaleźli niezrealizowane recepty wystawione przez brodnickiego lekarza Nikodema Wiwatowskiego. SS-Hauptsturmführer Ernst Bartsch natychmiast się zorientował, że to grubsza sprawa, po czym natychmiast powiadomił komendę SS w Brodnicy, zaś ta wezwała do pomocy gestapowców z Grudziądza. Ci już na wstępie śledztwa uznali, że znalezisko jest magazynem lokalnej grupy oporu, prawdopodobnie Armii Krajowej.

W nocy z 1 na 2 stycznia zaczęły się aresztowania i trwały przez kolejne dwa dni, w sumie obejmując około 80 osób głównie z miasta oraz najbliższych okolic.  

 

Brutalne śledztwo

Wszystkich zatrzymanych wrzucono do więzienia przy ul. Sądowej (dziś klasztor franciszkanów), gdzie czekały na nich okropne warunki. W Archiwum Pomorskim Armii Krajowej jest m.in. zeznanie Krystyny Kozłowskiej, która pisze: „(…)W mojej celi znalazło się 21 kobiet. Miałyśmy tylko 7 sienników. Często brano nas do innej sali na przesłuchania. Naturalnie wracałyśmy mocno pobite. (…) Innego razu rozebrano nas do naga, przychodzili gestapowcy ustawiali nas w szeregu, kazali stać kilka godzin, bijąc nas pejczami po piersiach i wyśmiewając się ze starszych kobiet”… Relacja jest dramatyczna, a opis brutalnych scen towarzyszących przesłuchaniom wręcz wstrząsający, lecz także dający świadectwo heroizmu takich ludzi, jak np. Henryk Sitniewski pseudonim „Zygmunt”. Był członkiem brodnickiego inspektoratu Armii Krajowej, pracownikiem apteki w Nowym Mieście, który skatowany przez Niemców, z połamanymi żebrami, rozbitą twarzą, obitym każdym centymetrem ciała, w obliczu śmierci „poszedł w zaparte”, nie wydał nikogo.

W tym samym czasie, podczas przesłuchań w brodnickim więzieniu Niemcy zamordowali także dwoje innych aresztowanych członków Armii Krajowej, mianowicie Franciszka Jarzębowskiego „Bluszcza”, oraz Władysławę Zieleniewską „Darninę”. Nieznaną liczbę (napewno wiemy o dwóch: Józefie Leczkowskim, Stanisławie Lemańskim) wywieziono 17 stycznia do ciężkiego więzienia w Grudziądzu.

 

Nadchodzi Iwan

13 stycznia uderzył 1 front białoruski na wschodnie granice Prus Wschodnich, natomiast w niedzielny poranek 14 stycznia zaatakowały fronty 2 i 3. Jedno z pomocniczych uderzeń  miało obrać trasę Nasielsk – Płońsk – Sierpc z zamiarem wyjścia na linię Drwęcy. Zwykli brodniczanie oficjalnie dowiedzieli się o rosyjskiej ofensywie w poniedziałek 15 stycznia z kolportowanego komunikatu gauleitera Reichsgau Danzig-Westpreußen (gdzie miasto administracyjnie należało) Alberta Forstera, a także od pierwszych uchodźców. Wiadomości radiowe niemieckich rozgłośni mówiły o bohaterskim – co ważniejsze – skutecznym odpieraniu bolszewickiej inwazji przez wojska niemieckie, a także wezwania do maksymalnej mobilizacji, nie opuszczania swoich miejscowości i bezwzględnemu podporządkowania się rozkazom administracji.

Burmistrz i landrat w jednej osobie Konrad Sauer, doskonale potrafiący czytać między wierszami oficjalnych komunikatów musiał go uznać za bardzo niepokojący, ponieważ jeszcze tego samego dnia, po południu wystąpił o pozwolenie na rozpoczęcie ewakuacji niemieckiej ludności powiatu. Władze Prowincji Gdańsk Prusy Zachodnie stanowczo odrzuciły wniosek, a jednak od tego mementu kto tylko mógł z niemieckich oficjeli pakował rodziny do pociągów i wysyłał w głąb Rzeszy.

16 stycznia uspokoiła się zadymka śnieżna i Rosjanie wprowadzili do walki samoloty oraz dwa nowe korpusy pancerne. To spowodowało przyśpieszenie natarcia, zwłaszcza od południa. Padł Pułtusk, Nasielsk, Maków Mazowiecki, a Rokossowski podciągał 5 armię pancerną pod Ciechanów, z zadaniem wbicia klina między Prusy Wschodnie i Zachodnie. W nocy z 16 na 17 stycznia przyszedł z Gdańska do Brodnicy rozkaz „rozluźnienia”, co w języku tamtych realiów oznaczało po prostu ewakuację.

Już rankiem wszyscy sołtysi dostali wytyczne o punktach zbiórek dla poszczególnych gmin, trasach wymarszu itd., zaś na każdą bocznicę brodnickiego dworca kolejowego zaczęto ściągać wagony. Do miasta wkroczyło kilka kompanii niemieckiej 83 dywizji piechoty Generalleutnanta Wilhelma Heuna, a 183 pułk artylerii rozstawił swoje armaty na wzgórzu Tivoli. Jeszcze tego samego dnia odjechały co najmniej dwa upakowane do granic możliwości transporty w kierunku Grudziądza.

Przez cały dzień 18 stycznia dość sprawnie ewakuowano urzędy oraz znaczną część rodzin niemieckich z miasta. Ruszyły też pierwsze kolumny utworzone przez zaprzęgi konne gospodarzy. Dla nich pierwszym etapem miały być okolice Świecia nad Wisłą. Tymczasem padł Ciechanów i już było jasne, że w ciągu 2- 3 dni Rosjanie wyjdą na przedpola Brodnicy.

 

Co z więźniami?

19 stycznia dalekie echo już niosło do miasta huk dział. Podczas nocnej narady w siedzibie Gestapo przy ul. Ogrodowej zdecydowano o ewakuacji najbardziej niebezpiecznych dla Rzeszy więźniów. Część aresztantów wypuszczono, a z reszty, czyli około 40 Polaków uformowano kolumnę i wczesnym rankiem poprowadzono na wciąż zapchany uciekinierami dworzec. Podstawiono dla nich wagon- więźniarkę, który podpięto do pociągu w kierunku Bydgoszczy(?) i… tyle, nikt ich więcej nie zobaczył…

Do dzisiejszego dnia nikt nie wie co się stało z brodnickimi więźniami, żaden z nich nie wrócił, nigdy nie pojawiły się żadne wspomnienia, czy choćby sygnał od kogokolwiek.

Wielu badaczy zestawiając różne bardziej i mniej prawdopodobne zdarzenia przyjmuje, iż transport dojechał do Bydgoszczy. Tam brodniczan dołączono do więźniów zwiezionych z innych zakładów Pomorza, po czym kilkusetosobową kolumnę popędzono pieszo na zachód. Po drodze, w lasach nakielskich „zabito wszystkich bez śladu”.

Hmmm… Tyle, że nie ma na to żadnego dowodu. Historycy z Pomorskiego Archiwum Armii Krajowej w Toruniu i sama pani generał Elżbieta Zawacka badali tę sprawę, ale nawet nie znaleziono świadka mogącego poświadczyć o przejściu takiej kolumny z Bydgoszczy w lasy pod Nakłem (30 – 40 kilometrów).

Moim zdaniem w tej hipotezie jest mnóstwo wątpliwości. Zacznę od tej, że zabicie „bez śladu” tak dużej grupy ludzi (szacuje się ją w sumie na 500 osób) też nie wchodzi w grę, choćby dlatego, iż nie byłoby gdzie ukryć zwłok. Panowała wówczas ostra, śnieżna zima, z mrozem sięgającym minus 28 stopni Celsjusza i zmarznięta ziemia stanowiła litą skałę. Ówczesne okolice Nakła nie były bezludną pustynią, więc niemal nieprawdopodobne aby nikt nie usłyszał jazgotu broni zabijającej kilkuset ludzi. Także spalenie pozostawiłoby po sobie aż nadto czytelne znaki. Ponadto rodzi się pytanie - w jakim celu Niemcy zabieraliby dla więźniów bezcenne miejsce w transporcie kolejowym, podczas gdy ich obywatele (w tym dzieci, kobiety, starcy) musieli zmagać się z trzaskającym mrozem ogarniającym powolne furmanki, pokonywać zasypane śniegiem boczne drogi (główne zastrzeżono dla Wehrmachtu), ryzykować spotkanie z czołówkami wrogiej armii? Gdyby ci więźniowie nie stanowili dla nich większej wartości, to – zgodnie z morderczą praktyką - pognaliby ich pieszo, czy wręcz zlikwidowali na miejscu. Tymczasem to, że władowano ich do pociągu, w świetle zeznań świadków jest pewne. Grupa aresztowanych AK-owców z Inspektoratu Brodnica musiała stanowić dla nich wartość, może zatem jest inne rozwiązanie tej tragicznej zagadki?

 

Inna hipoteza

Od 1994 roku Fundacja „Archiwum Pomorskie Armii Krajowej” w Toruniu wydaje „Słownik Biograficzny Konspiracji Pomorskiej 1939 - 1945”. Nie jest to regularne wydawnictwo, lecz kolejne tomy wychodzą dopiero wówczas, gdy po prostu opracowana zostanie odpowiednia ilość pisarskiego materiału. Cykl zainicjowała i redagowała - zmarła 10 stycznia 2009 roku pani generał Elżbieta Zawacka (teraz redakcję przejęli inni). W 2 tomie „Słownika” (Toruń 1996), zresztą poświęconemu m.in. pamięci brodniczanki Władysławy Zieleniewskiej ps. „Darnina” pani generał zamieściła osobiście zredagowany biogram innej brodniczanki Wandy Cybulskiej „Ady” zastępcy kierownika łączności Inspektoratu AK Brodnica. Kończąc go pisze tak: „Została aresztowana w swoim mieszkaniu dnia 2 stycznia 1945 roku. Przeszła godnie okrutne śledztwo. W czasie ewakuacji więzienia przed zbliżającym się frontem wywieziona została z dużą grupą współwięźniów dnia 18 lub 19 stycznia do Bydgoszczy, a stamtąd dalej na zachód, rzekomo do Meklemburgii. Cały transport zaginął , prawdopodobnie wymordowany w lasach nakielskich. W aktach poszukiwań Czerwonego Krzyża i Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich znajdują się natomiast ślady mówiące o zatopieniu na Bałtyku statku, na którym znajdowały się osoby z tego transportu.”

Niestety tak (choć już bez wzmianki o Bałtyku) kończy się wiele biogramów aresztowanych wówczas, na początku stycznia 1945 roku AK-owców, a m.in. Jadwigi Cyrklaf, Adelajdy Główczewskiej, Wandy Cybulskiej, Marty Kosmalowej, Stefanii Bekter, Haliny Gacy, Mirosławy Karbowskiej, Ireny Wiwatowskiej, Marii Zakrzewskiej… Jak to możliwe, żeby one i kilkunastu mężczyzn przepadli bez wieści?

A może ta uwaga pani generał Zawackiej o śladach prowadzących do Bałtyku jest pierwszym stopniem wyjaśnienia zagadki? Niewykluczone.

 

Czy było tak?

Wszystko wskazuje na to, że brodnicki transport nigdy nie dotarł do Bydgoszczy pod którą od południa już podchodziły jednostki radzieckie (na przedmieścia wdarły się 21 stycznia). Zresztą wówczas w miarę wolne drogi ewakuacyjne prowadziły wyłącznie na północ od tego miasta. Tym bardziej organizowanie tam jakiegoś „punktu zbornego dla więźniów z Pomorza”, a potem skierowanie ich na zachód (w kierunku Nakła), gdzie już trwały zacięte walki jest mało prawdopodobne, bo by musiało zakończyć się dla Niemców katastrofą nie do ukrycia.

Także rozbicie transportu, np. poprzez rosyjskie bombardowanie z powietrza zostawiłoby ślady, świadków, opisy. Ten pociąg musiał dojechać do stacji przeznaczenia bez większych przygód, stąd wniosek, iż prawdopodobnie jeszcze na którejś z początkowych stacji węzłowych (jeśli nie od razu) zmieniono jego kierunek na Gdańsk, gdzie uchodźcy mogli liczyć na dalszy transport do Rzeszy (statkami), zaś więźniów można było przekazać do obozu Stutthof, lub któregoś z jego licznych podobozów. Przebywali tu już zresztą nie tylko Polacy z miast Pomorza, rodziny zbiegłych wehrmachtowców, czy aresztowani pomorscy harcerze i powstańcy warszawscy, lecz także wcześniej zgarnięci przez Gestapo brodniczanie uczestniczący w ruchu oporu ( kilku zatrzymano we wrześniu 1944).

Od drugiej połowy marca 1945 roku zaczęła się pośpieszna ewakuacja obozu i jego kilku filii. Więźniów ładowano na barki towarowe, które najczęściej podczepiano do dużych okrętów i holowano w pobliże portów zachodnich Niemiec. Podobóz w Gdyni tzw. Aussenarbeitslager Gotenhafen Deutsche Werke Kiel próbowano ewakuować już na początku marca ale dwukrotnie się to nie udało. Ostatecznie doszło do niej 25 marca 1945 r., gdzie więźniów doholowano aż do Hamburga. Główny obóz w Stutthofie ewakuowano miesiąc później. Więźniowie zostali załadowani do wagonów kolejki wąskotorowej, dowiezieni do Nowego Portu i załadowani na trzy kryte barki. Następnie holownik dostarczył ich na Hel, gdzie musieli zejść z jednostek. Poranek i cały dzień spędzili na brzegu, a pod wieczór znów weszli na barki, które popłynęły na zachód. Po dziesięciu dniach rejsu konwój wpłynął na wody Zatoki Lubeckiej i podpłynął do redy portu Neustadt. Były tam zakotwiczone cztery statki pasażerskie: "Cap Arcona" "Deutschland" oraz dwa, o wiele mniejsze, frachtowce "Thielbeck" i "Athen" akurat załadowywane spędzonymi także z innych obozów więźniami. Szacuje się, iż na „Arconie” załadowano ponad 7 tysięcy więźniów, zaś na małych frachtowcach ulokowano co najmniej dalsze 3 tys. więźniów ("Deutschland" służył jako tranportowiec). Zważywszy na wielkość statków, oznaczało to wręcz niesamowite ich przeładowanie. Wszystkie okręty zakotwiczono z dala od brzegu w Zatoce Lubeckiej, tym samym wystawiając je na cel ataku przez eskadry bojowe brytyjskiego lotnictwa. 3 maja 1945 r., tuż przed wkroczeniem wojsk brytyjskich do Neustadt wszystkie statki niemieckie miały według komunikatów brytyjskich do godz. 12.00 wpłynąć do najbliższych portów i wywiesić na masztach białe flagi na znak poddania się. Ani na "Cap Arcona", ani na "Deutschland" (który w tym momencie był już niemal pusty po rozładunku więźniów), czy "Thielbecku" tego nie uczyniono. Krótko po 14.00 nad Zatoką Lubecką pojawiły się brytyjskie samoloty, które rozpoczęły bombardowanie. Rzecz jasna lotnicy nie mieli pojęcia, że okręty są pełne więźniów. Z kilku tysięcy (z której to grupy wielki, niektórzy nawet – chyba mocno przesadnie - podają około 80% stanowili Polacy, zwleczeni tam z obozów koncentracyjnych), nalot i akcję ratunkową przeprowadzoną przez angielskie wojska lądowe, które w międzyczasie dotarły do brzegu przeżyło jedynie 659 osób. Wyłowione zwłoki pochowano w zbiorowym, anonimowym grobie, lecz zdecydowaną większość na zawsze pochłonął Bałtyk. Wiadomo, że wśród ofiar byli powstańcy warszawscy (umieszczeni na "Cap Arcona") gdyńscy harcerze Szarych Szeregów ZWZ – AK ewakuowani z podobozu KL Stutthof w Gdyni. (czyli z miejsca gdzie mogli być brodniczanie). Ze statku „Thielbek” uratowało się tylko 50 więźniów, w tym 22 Polaków. Niemiecka prowokacja, mająca na celu wymordowanie więźniów alianckimi rękami, przyniosła niemal całkowity skutek. To była największa zbrodnia wojenna na morzu w czasie II wojny światowej, za którą ponoszą odpowiedzialność decydenci Rzeszy Niemieckiej. 

Czy wśród zabitych byli także brodniczanie, tego się już pewnie nie da nigdy ustalić…

Piotr Grążawski

Reklama

Co się stało z „Orchideą”? komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Chcesz coś sprzedać lub kupić, oferujesz usługi, szukasz pracownika lub pracy?

Dodaj swoje drobne ogłoszenie w naszym serwisie. Zapraszamy!

Dodaj ogłoszenie
Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez brodnica-cbr.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Wydawnictwo Promocji Regionu Sp. z o.o. z siedzibą w Golub-Dobrzyń 87-400, Rynek 20

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"